Bywało różnie, ale jest jeszcze lepiej.
Co z byciem dyrektorem galerii?
Moja przygoda skończyła się dość szybko i nie obyło się bez “bólu”. Nie będę wnikał w szczegóły, faktem jest, że dyrektorowanie się skończyło. Z czyjej winy? Oczywiście, że z mojej, szczerze przyznaję, że nie byłem gotowy na takie wyzwanie. Nawet karty mi to powiedziały, że to porażka, ale jeśli wyciągasz z czegoś wnioski, jeśli się czegoś nauczysz przy okazji, to już porażką tego nazwać nie można.
Na całe szczęście oprócz czasu nic więcej w ten biznes nie zainwestowałem.
Choć może, z innej strony patrząc, ten czas to nie znowu takie nic, to czas mojego życia.
Zanim przejdę do meritum, to powiem czego się nauczyłem w związku z opuszczeniem szeregów “comapny ltd”.
Od strony formalnej, to bycie dyrektorem jest super, nikt cię nie może zwolnić, bo wszyscy dyrektorowie są równi, a jeśli jesteś dyrektorem udziałowcem, to możesz sam się wyrzucić a zatrzymać udziały i kompania musi Ci płacić procenty od zysków nawet jak nic nie robisz, taki trick.
Aby wyrzucić się ze stanowiska, nawet nie trzeba nikogo informować, wystarczy wysłać odpowiedni formularz do Companies House w Londynie i to wszystko.
Przy okazji chciałbym podziękować ludziom z forum www.mojawyspa.co.uk, dzięki którym mogłem spać spokojnie, to bardzo pocieszające, że żyjąc w innym kraju, zawsze można liczyć na naszych rodaków, a jeszcze bardziej pocieszające jest to, że nasi rodacy tak świetnie się tutaj odnajdują.
Ale wrócę do czasu życia, którego dwa miesiące poświęciłem galerii. Nie zarobiłem przez te dwa miesiące ani pensa, a zainwestowałem mnóstwo energii i pomysłów, mnóstwo czasu, w którym mogłem robić coś innego. Czas jest bezcenny.
Wiecie co teraz sobie przypomniałem.
Ostatni dzień szkoły. Powrót do domu, zrzucenie z siebie sztywnego od krochmalu mundurka i bieg nad jezioro. Ta radość, ta najświeższa, ta zaraz po otrzymaniu świadectwa i smętnym przemówieniu nauczyciela o niebezpieczeństwach czyhających na nas w czas kanikuły, ta radość była najpiękniejsza. Ale potem, już podczas pluszczących zabaw, pośród pisków i harmidru, odczuwałem to, to coś z tyłu głowy, to coś co od potylicy jakąś niemrawą, czarną niteczką łączyło się z tym czymś zaraz pod sercem. Ta świadomość: wrzesień i tak nadejdzie.
Z każdym upływającym dniem wakacji ta niteczka pęczniała, aż na początku sierpnia zaczynała prawdziwie ciążyć, jakby nie patrzeć ostatni miesiąc wakacji się zaczynał, aby w środku miesiąca motyle zeszytów obsiadły serce i póki jeszcze nie zapisane i świeże cieszyły oko, ale czym bliżej chmurnych poniedziałków siódmej rano, tym brzydszym stawały się ciężarem. Do tej ostatniej niedzieli, do tego ostatniego dnia, w którym nieodwołalnie nastawał koniec. Bah… wrzesień przyszedł, zupełnie naturalnie, zwyczajnie przybywał w rydwanie złotych liści. Piękny zazwyczaj i ciepły i tym bardziej napawający smutkiem, bo przecież szkoła.
I ta niteczka ta żyłka przeczucia pulsująca od dnia zakończenia szkoły do dnia powrotu do niej, ta niteczka nie dawała mi nigdy spokoju.
Życie mija.
Ktoś śpiewał kiedyś taką piosenkę: “W życiu piękne są tylko chwile”, ktoś inny mówił: “wszystko co dobre zawsze się kończy”. Jakie to smutne gdy spotykam ludzi po urlopie i pytam jak było, a oni odpowiadają: super, ale czas wrócić do szarej rzeczywistości, jakie to smutne. Ta szara rzeczywistość.
I najsmutniejsze to, że jak tylko się ten urlop zaczął, to oni już wiedzieli, że będzie za krótki, i wiedzieli, że choć daremne to, to spróbują się naurlopować na zapas. Tak jak by się dało, tak jakby dało się najeść raz na zawsze, tak jakby dało się wyspać raz a dobrze. Nie da się. Stąd to rozczarowanie, stąd ta szara rzeczywistość. Stąd i smutek.
Jeśli zapytalibyście mnie, co myślę o tekście piosenki “W życiu piękne są tylko chwile…” to odpowiedziałbym: Oczywiście! Tylko chwile są piękne w życiu, bo poza tymi chwilami nie mamy nic więcej. Wiem, że wydźwięk tej piosenki jest nieco inny, mówi o tym, że tylko czasami możemy być szczęśliwi, ale czy jest tak naprawdę? Może Wam się tak wydawać, gdy w poniedziałek rano o 4.30 brzęczy nad uchem budzik i pora wstać do pracy. Tak, wtedy naprawdę można uwierzyć tym słowom. To co jest piękne w naszym życiu, zaczyna się w piątek o 16.oo a kończy w niedzielę o 22.00.
Mam jednak swoją interpretację. Jeśli chcecie to się z Wami nią podzielę, bo mnie ona dodaje otuchy, może i Wam pomoże.
Pewnie zauważyliście, że oprócz tego co dzieje się właśnie teraz nic innego nie istnieje. Nie ma przeszłości, nie ma przyszłości.
Nie możemy wrócić do wczoraj i nie przypalić zupy, nie możemy też dotrzeć do jutra i sprawdzić numerów totka. Każdy z nas to wie i każdy to rozumie, choć pewnie za bardzo się nad tym nie zastanawia.
Ja też nie poświęcałem temu zbyt wiele uwagi, do momentu, w którym nie zrozumiałem, że w życiu piękne są właśnie tylko chwile.
A że tylko mam tę chwilę obecną, tą tu i teraz, to niech ona będzie piękna i szczęśliwa, bo przecież, jeśli uczynię tę właśnie chwilę szczęśliwą, to i następna taka będzie. Postanowiłem więc być szczęśliwy teraz, bo co innego mi pozostało?
W czasie kiedy pracowałem w fabryce, kiedy codziennie wstawałem półprzytomny z łóżka o 4.30, było ciężko, bardzo ciężko odczuć piękno tejże właśnie chwili.
Pewnie powiecie, że upadłem na głowę i że to nie możliwe, żeby w takich warunkach, o 4.30 kiedy cały świat śpi, kiedy wiesz, że czeka cię mordercza harówka w zabójczym tempie, kiedy wiesz, że ten cały “burdel”, w którym pracujesz wysysa z ciebie ostatnie soki nie dając w zamian nic, kiedy to wszystko wiesz, jest zupełnie niemożliwym aby odnaleźć piękno.
A ja znalazłem na to patent. Dałem sobie w twarz. Wiecie za co? Za dramatyzowanie, za szukanie winy we wszystkim wkoło, za to, że sam sobie planowałem dzień w taki sposób.
O 4.30 jeszcze nie byłem w fabryce, o 4.30 jeszcze nie harowałem, o 4.30 jeszcze przeciągałem się w łóżku. Kazałem każdej myśli, która wybiegała zbyt naprzód, wypieprzać z mojej głowy. Naprawdę, mówiłem do samego siebie: dziękuję, że przyszłaś (to do myśli) i podzieliłaś się ze mną wizją dzisiejszego dnia, ale za przeproszeniem, zupełnie tego teraz nie potrzebuję i z łaski swojej wypieprzaj z mojej głowy.
Czy harówka w zabójczym tempie potem nie następowała, a owszem, następowała i fabryka w swoim zwyczaju wysysała soki ze mnie, ale o 4.30 nie należałem do tych nieszczęśników, którzy jeszcze przed robotą już w niej byli, jeszcze przed zrobieniem czegokolwiek już byli zmęczeni.
W odróżnieniu od innych, potrafiłem zorganizować sobie swój urlop codziennie. Na początku parę minut na dzień, potem więcej i więcej, aż do doszło do tego, że zrozumiałem, że można zupełnie inaczej.
I tak zaczęła się przygoda z biznesem.
I tak powstał ten post zatytułowany: Jeszcze lepiej. I powiem Wam jeszcze: będzie jeszcze lepiej.
Ale o tym następnym razem.
Na koniec zadam Wam pytanie, pochodzące z książki Larrego Willsona: Play To Win: Czy życie polega na tym, aby bezpiecznie dotrzeć do śmierci? I jeszcze jedno ode mnie: Czy życie jest po to aby w nim przetrwać, czy aby je przeżyć?
Miłego
Spokojnych Świąt
Tomasz Olszewski
—-> www.winylowo.com
Tagi: Bóg, czas, Larry Willson, lepiej, Play To Win, szczęście, Tomasz Olszewski, winylowo.com



